DoktorPlus.pl: jak buduje się zaufanie w branży, gdzie nie wolno obiecywać efektów?

fot. pexels.com

Polska formalnie zbliża się do „europejskich” wydatków na zdrowie – w 2024 roku bieżące wydatki na ochronę zdrowia wyniosły ok. 293,6 mld zł, czyli 8,1% PKB. Jednocześnie według CBOS tylko ok. 27% badanych deklaruje zadowolenie z funkcjonowania opieki zdrowotnej, a 70% ocenia ją negatywnie. System rośnie w liczbach, ale nie w zaufaniu.

Równolegle rozwija się ekosystem prywatny. W 2023 roku sprawozdano 21,2 mln teleporad, z czego 16,4 mln w podstawowej opiece zdrowotnej, a w 2024 liczba porad ambulatoryjnych sięgnęła rekordowych 360 mln, z 16,1 mln teleporad w POZ. Dla marketerów wygląda to jak „idealny rynek”: rosnący popyt, cyfrowy kanał, możliwość skalowania. Problem w tym, że mówimy o branży, w której nie wolno obiecywać efektów, a reklama świadczeń zdrowotnych jest ograniczona art. 14 ustawy o działalności leczniczej.

W tym środowisku działa DoktorPlus.pl – podmiot leczniczy, który telemedycynę traktuje jak pełnoprawne świadczenie zdrowotne, a nie „produkt cyfrowy”. To ciekawy case nie tylko dlatego, że jest o nim głośno, ale dlatego, że pokazuje, jak budować markę w warunkach mocno ograniczonego języka komunikacji.

Marketing z hamulcem: co faktycznie wolno

Zakaz reklamy działalności leczniczej nie oznacza zakazu komunikacji. Podmiot może informować o zakresie i sposobie udzielania świadczeń, ale nie może używać języka zachęty, korzyści ani obiecywać efektów w rodzaju „gwarantujemy poprawę”, „najszybsza teleporada na rynku” czy „recepta w pięć minut”.

Oznacza to, że klasyczny arsenał marketerów – proste obietnice, mocne claimy, język superlatywów – jest w dużej mierze wyłączony. Zostaje coś, co dla wielu zespołów bywa frustrujące: proces, warunki i kontekst. DoktorPlus buduje na tym całą narrację: zamiast pokazywać „ile e-recept wystawiamy”, tłumaczy, jak wygląda konsultacja z możliwością e-recepty, co lekarz bierze pod uwagę i kiedy decyzja może być negatywna. Bo może. 

Trzy warstwy zaufania: regulacje, medycyna, język

Pierwsza warstwa to regulacje. DoktorPlus startuje z pozycji podmiotu leczniczego, a nie „platformy technologicznej z dostępem do lekarzy”. Każda konsultacja jest świadczeniem zdrowotnym, a nie zakupem w koszyku. Stąd uporczywe podkreślanie, że pacjent ponosi opłatę za konsultację, czyli za pracę lekarza, a nie za „gwarancję dokumentu”. E-recepta jest możliwa wyłącznie wtedy, gdy istnieją wskazania medyczne, w oparciu o indywidualną ocenę przypadku.

Druga warstwa to organizacja medycyny. W centrum procesu nie stoi formularz, tylko decyzja lekarska. W praktyce wygląda to tak: pacjent zaczyna od wypełnienia formularza medycznego, gdzie opisuje objawy, choroby przewlekłe, dotychczasowe leczenie. Lekarz Online ma dostęp do tej dokumentacji oraz do przesłanych wyników, podejmuje decyzję, czy możliwe jest przedłużenie terapii, zmiana dawkowania, zlecenie badań, skierowanie do opieki stacjonarnej lub wystawienie e-skierowania. Dopiero na końcu, jeśli obraz kliniczny na to pozwala, może pojawić się konsultacja z możliwością e-recepty.

Trzecia warstwa to język – tu DoktorPlus bardzo wyraźnie odróżnia się od „receptomatowego” stylu. Zamiast obietnic pojawia się konsekwentny słownik: konsultacja z możliwością e-recepty, plan leczenia, przedłużenie terapii, opłata za konsultację, decyzja lekarska po analizie dokumentacji. To celowe odejście od fraz typu „zamów lek”, „szybka recepta”, które kuszą marketingowo, ale wprost kłócą się z zakazem reklamy i medyczną logiką usługi.

Jedna lista, która wszystko ustawia: defensywny profesjonalizm

Wewnętrznie zespół DoktorPlus nazywa to podejście defensywnym profesjonalizmem. W praktyce sprowadza się ono do trzech zasad, które spinają produkt, marketing i compliance w jedno:

  • Fakty zamiast przymiotników – zamiast „najlepsza telemedycyna” pojawia się informacja, że konsultacje prowadzą lekarze z aktualnym prawem wykonywania zawodu, weryfikowanym w rejestrach PWZ;
  • Warunkowość zamiast gwarancji – zamiast „gwarantowana recepta” komunikowane jest: „e-recepta, jeśli istnieją wskazania medyczne, po analizie formularza i dokumentacji”;
  • Czas zamiast superlatywów – zamiast „najszybsi w Polsce” pokazywany jest kontrast „miesiące oczekiwania w systemie publicznym vs dni lub godziny do konsultacji online”, bez przypisywania sobie tytułów rekordzisty.

To wciąż marketing, ale z ręcznym hamulcem: każdy zwrot musi być do obrony nie tylko w Google Analytics, ale przede wszystkim przed lekarzem, który firmuje usługę nazwiskiem, i przed organem nadzoru.

Co z tego ma marketer?

Dla ludzi od komunikacji i strategii zdrowie jest branżą niewdzięczną – ma wysoki popyt, rosnący rynek i bardzo krótki zestaw dozwolonych zagrań. Case DoktorPlus pokazuje jednak kilka wniosków szerszych niż jedna marka.

Po pierwsze, w kategoriach regulowanych przewagą staje się umiejętność opowiedzenia procesu, zamiast obiecywania rezultatu. Po drugie, działanie w pełnej zgodzie z prawem i standardami może być elementem propozycji wartości – w świecie, w którym 70% Polaków jest niezadowolonych z systemu, ale większość nadal ufa swoim lekarzom, marka, która nie składa obietnic ponad to, co lekarz może realnie dowieźć, gra po tej samej stronie co personel medyczny. Po trzecie wreszcie, telemedycyna nie jest „produktem cyfrowym”, który da się sprzedać samym UX-em. Jest sposobem organizacji pracy lekarzy. A to oznacza, że pytanie „jak buduje się zaufanie” trzeba odwrócić: najpierw zaprojektować konsultację tak, żeby lekarz mógł bezpiecznie podjąć decyzję, a dopiero potem szukać języka, który to uczciwie opowie. DoktorPlus.pl jest jednym z pierwszych miejsc, gdzie tę kolejność widać gołym okiem – i dlatego jest ciekawy nie tylko dla pacjentów, ale też dla ludzi, którzy myślą o marketingu poważniej niż w kategoriach kliknięć.

Artykuł sponsorowany